Karolina Pierzchała

Polskie koleje, jakie są, każdy wie. Spóźnienia, tłum, długi czas podróży, czystość na średnim poziomie, zwłaszcza ta w łazienkach - woła o pomstę do nieba. Większość z nas narzeka. A jak to jest w Tajlandii? Czy coś sprawiło, że nasze nastawienie do polskich kolei się zmieniło? Jakie przygody nas spotkały? I jak wspominamy tajskie pociągi?

W Tajlandii koszty utrzymania są tanie. Smaczny obiad można zjeść od 3 złotych, a za bilet w bangkockim autobusie zdarzyło nam się zapłacić 0,70 zł. My jednak próbowaliśmy oszczędzić jeszcze bardziej – wszędzie gdzie się dało. Dlatego właśnie przemierzając Krainę Uśmiechu na dłuższe dystanse w większości przypadków decydowaliśmy się na pociągi, rezygnując z dużo droższych autokarów. Zwłaszcza na początku.

Kupując bilet na podróż, do wyboru mamy 3 klasy. Zazwyczaj wybieraliśmy trzecią, najtańszą, jedynie dwa razy, z braku innych opcji wykupiliśmy miejsca w drugiej klasie.
W trzeciej klasie zazwyczaj byliśmy jedynymi turystami wśród tłumów tubylców, co niezmiernie nam odpowiadało. Za cenę biletu do dyspozycji ma się miejsce (nie było miejscówek, ale siedzisk było zawsze wystarczająco) na plastikowym najczęściej siedzeniu, gdyż miękkie zdarzały się rzadko, w wagonie bez przedziałów. Klimatyzacji nie było. Na suficie znajdują się, co prawda psujące się wiatraki, które wciąż panowie majstrowie popukują młoteczkiem, by na nowo ruszyły do pracy, jednak nie wiele one dają. Są za to otwarte na oścież wszystkie okna, które podczas jazdy wpuszczają przyjemnie chłodny pęd powietrza, przesycony spalinami, o których obecności świadczyły nasze czarne twarze. Żeby jednak odczuwać, jako takie ochłodzenie i komfort cieplny musieliśmy jechać z wystawionymi wręcz na zewnątrz głowami. W innym wypadku siedziało się w kałuży własnego potu, próbując odkleić plecy od siedzeń z plastiku, które tylko potęgowały uczucie niewygody i gorąca.

Przedział trzeciej klasy.  | fot. Bartosz Wojdon

Przedział trzeciej klasy. | fot. Bartosz Wojdon

Mimo wielu niedogodności, pociągi najgorszej klasy były i tak przez nas najbardziej lubiane ze wszystkich. Mogliśmy podróżować z miejscowymi, oglądać ich w codziennej drodze do pracy, czy do domu, obserwować ich zachowania, uśmiechy i przysłuchiwać się ich pełnym zaangażowania rozmowom z bliskimi. Byliśmy też oczywiście wielką „atrakcją podróży” i zawsze w centrum zainteresowania. Tajowie okazywali nam ciekawość w przemiły sposób. Większość pogodnych oczu skierowana była w naszą stronę. Niezwykle cieszyły ich nasze, często nieudolne próby dobrania się do zakupionych wcześniej, nieznanych nam smakołyków zapakowanych w dziwny sposób, nasze pełne skupienia miny w trakcie ich próbowania, wielkie plecaki i „obozowiska”, które rozbijaliśmy na dworcach czekając na kolejny pociąg. Niektórzy nam machali, inni, bardziej śmiali, robili sobie z nami zdjęcia. Kolekcjonowaliśmy uśmiechy niczym kartki z podróży i nigdy nie pozostawaliśmy dłużni.
Zawsze z rozczuleniem wspominamy sytuację, gdy znużeni trzynastogodzinną podróżą do Chiang Mai postanowiliśmy zakupić intrygujące nas paczuszki z liścia bananowca, kryjące wewnątrz tajemnicze dla nas przysmaki. Intuicyjnie rozpakowaliśmy zewnętrzną warstwę ze świeżych, zielonych liści, po czym zadowoleni z siebie zaczęliśmy zajadać coś, co do jedzenia się nie nadawało, bowiem smakołyk krył się dopiero pod kolejną warstwą przegniłych liści. Metodą prób, błędów i plucia dostaliśmy się do zawartości, która okazała się być słodkim karmelkiem z mleka kokosowego z orzechami. Potem poszło już łatwo. Nauczeni doświadczeniem do kolejnych paczuszek dobieraliśmy się sprawnie, pochłaniając je ze smakiem. Całej sytuacji przyglądała się rozbawiona Babcia Tajka, która widząc nasze zmagania wyjęła ze swojej wysłużonej torebki kupiony wcześniej karmelowy deser i wręczyła nam masując się z zadowoleniem po brzuchu i podniesionym kciukiem zachwalając jego smak. Niczym prawdziwa Babcia postanowiła nas dokarmić i rozpieścić, a my, szczęśliwi, jak na wnuczęta przystało pospiesznie spałaszowaliśmy podarunek. Naszą deserową przygodę uwieczniliśmy na wideo.

Szczególnie ważne w podróży trzecią klasą było dla nas to, że byliśmy w pewien sposób brani pod skrzydła konduktorów i miejscowych podróżnych. Ilekroć czekaliśmy na dworcu na właściwy pociąg, zdezorientowani zapowiedziami w języku tajskim i niezrozumiałymi przez megafon komunikatami w języku „tajsko-angielskim” musieliśmy nerwowym błądzeniem palcem po bilecie wyglądać na tyle nieszczęśliwie, że w większości przypadków troskliwi konduktorzy, przed każdym nadjeżdżającym pociągiem podchodzili do nas, sprawdzając bilet i upewniając się, że wsiądziemy właściwie. Dotyczyło to oczywiście nieturystycznych miejscowości, o których wiele zahaczyliśmy w naszej podróży z Bangkoku na północ i z powrotem, gdzie zazwyczaj byliśmy jedynymi, lub jednymi z niewielu „białych”.
Dbano o nas również w trakcie drogi. Szczególnie pamiętam sytuację, gdy ten sam konduktor, który kasował nam bilety, i który co jakiś czas nas doglądał upewniając się, że nie wysiądziemy z pociągu w dzikim „niewiadomogdzie”, potrafił po ponad trzynastu godzinach, widząc, że za oknem głębokie ciemności przyjść po nas potwierdzając naszą docelową stację.

To, co zdecydowanie odróżniało klasę trzecią od pozostałych to wszechobecny handel. Ciężko było pozostać obojętnym, gdy co rusz mijały nas starsze panie z koszami pełnymi cudownie wyglądających i pachnących owoców, szaszłyków i kurczaków, gotowych zestawów obiadowych wraz z porcyjkami ryżu i smakowitych deserów. Ciągnąca się w nieskończoność podróż, była więc świetną okazją do kulinarnych eksperymentów za przysłowiowe kilka groszy.

Smakowita podróż.   | fot. Bartosz Wojdon

Smakowita podróż. | fot. Bartosz Wojdon

Trzeba przyznać, że niejednokrotnie droga niesamowicie nam się nużyła. Czasami udało nam się znaleźć jakiegoś kompana do rozmowy, innym razem urozmaicaliśmy sobie czas próbując nieznanych przysmaków, przeglądając zrobione zdjęcia, obserwując podróżujących czy planując kolejne etapy wyprawy, jednak w większości przypadków znudzenie dawało o sobie silnie znać. Powodem tego również był jednostajny monotonny obraz za oknem. Naprzemiennie mijaliśmy jedynie dżunglę, pola ryżowe i raz na jakiś czas niewielką stacyjkę. Na początku byliśmy podekscytowani widząc te pejzaże po raz pierwszy, jednak po pewnym czasie nasze zainteresowanie opadło. Dżungla, pole ryżowe, dżungla, pole ryżowe, dżungla, pole ryżowe, stacja… Ja postanowiłam czasu nie marnować i porządnie go wykorzystać:

Wykorzystując czas w podróży.

Wykorzystując czas w podróży.

Pewnego rodzaju „atrakcją” zawsze były dworce kolejowe, które nawet w najmniejszej mieścinie pieczołowicie były ozdabiane, malowanymi donicami z kwiatami, rozetami, i ich wersją krasnali ogrodowych, w formie tygrysów, zebr i pozujących, pulchnych Azjatek. Wszystko to mieściło się w szeroko pojętej tandety. Głównym i niezmiennym elementem jednak zawsze był ogromny portret króla, który wystrojeni w wyglądające niczym wojskowe mundury konduktorzy z namaszczeniem polerowali.

Polski system kolei obfituje w spóźnienia, które większości z nas potrafią zagotować krew, szczególnie, jeżeli pociągami poruszamy się na co dzień – do pracy czy na uczelnię. Wszystkim nam się spieszy i nawet piętnastominutowe opóźnienie powoduje ogólne zdenerwowanie zwłaszcza, że gdy już uda nam się do pociągu wsiąść, to wlecze się on nie miłosiernie.
W Tajlandii jest trochę inaczej. Zdarzyło nam się, że odjazdy na czas były tylko w przypadkach, gdy dany pociąg wyruszał bezpośrednio z miasta, w którym wsiadaliśmy. W innych wypadkach właściwie nigdy nie były na czas. Nikt się nie denerwował, wszyscy grzecznie czekali. Czasem były to spóźnienia niewielkie, dziesięcio czy dwudziestominutowe, jednak im dłużej trwała nasza przygoda z tajskimi kolejami tym częściej te spóźnienia wynosiły godzinę, dwie lub nawet trzy. W tym ostatnim przypadku, mimo zakupionych biletów, po ponad dwóch godzinach oczekiwania i komunikacie, że pociąg spóźni się kolejną, przypuszczając, że nie jest to ostatnia taka informacja pomyślnie spróbowaliśmy sił łapiąc stopa, co zaowocowało utrzymywaną dotąd znajomością z przemiłym Tajem. Co dziwne spóźnienia te nie wynikają z prędkości, jaką maszyna rozwija. Wbrew pozorom tajskie pociągi mkną po torach ile fabryka dała, zasuwając naprawdę przyzwoicie. Dowodem na to są liczne wykolejenia, których byliśmy świadkiem. Nam na szczęście wypadku udało się uniknąć.

Jak nie prowadzić pociągu.        | fot. Bartosz Wojdon

Jak nie prowadzić pociągu. | fot. Bartosz Wojdon

Minusem było również to, że nie tylko nie wyruszaliśmy na czas, ale również na czas nie przybywaliśmy, nawet wtedy, gdy odjazd zdarzył się punktualnie, opóźnienia bywały kilkugodzinne. Bardzo psuło nam to szyki uniemożliwiając na przykład sprawne przesiadki na kolejne linie, czy stwarzając sytuacje, w których późnym wieczorem lądowaliśmy w zupełnie obcym, małym, wymarłym już o tej godzinie miasteczku i mieliśmy wielkie problemy ze nalezieniem noclegu. To był główny powód, dla którego w późniejszych etapach naszej podróży, zwłaszcza wtedy, gdy ważny był czas, rezygnowaliśmy z kolei.

Druga klasa w większości wypełniona była “białymi”. Zdarzyło nam się z nie skorzystać dwukrotnie z braku innej alternatywy. Za cenę sporo wyższą można było wykupić miejscówkę na wygodnym, miękki, pojedynczym, częściowo rozkładanym fotelu. Otrzymaliśmy również kocyki, gdyż wagon wyposażony był w klimatyzację i to na tyle solidną, że całą drogę dygotałam z zimna szczelnie się opatulając. Ku mojemu zdziwieniu Azjaci korzystali z kocyków nieco inaczej- zarzucali je na twarz :) W trakcie podróży dostaliśmy poczęstunek, w którego skład wchodził owoc i zimny, rozgotowany makaron z mikroskopijnym dodatkiem czegoś dziwnego. Ohyda.
Podróż wyższa klasa może i odbywała się w większym komforcie (minus lodowaty klimat wagonu), ale była tak do granic nudna, że nawet nie mamy z niej żadnych wartych uwagi wspomnień.

Z pewnością będąc w Tajlandii trzeba spróbować podróży pociągiem, oczywiście – klasy trzeciej, gdyż jest to coś ciekawego, innego niż u nas. Mamy mnóstwo wspomnień i śmiesznych historii związanych z tymi wycieczkami i chociażby dla nich – warto. Również jest to świetny sposób na zaoszczędzenie pieniędzy, ponieważ ¾ Tajlandii przejechaliśmy za kilkanaście złotych. O ile macie czas, szczerze zachęcam. Nie każdemu ta forma podróży przypadnie do gustu, jednak z pewnością będzie wesoło. Czy wy też macie ciekawe wspomnienia związane z kolejami innych państw ? :)

Dołącz do grona Kursowiczów!

W prezencie otrzymasz:

  • Comiesięczny przewodnik po ekstra miejscu
  • Dostęp do dodatkowych materiałów i treści
  • Pierwszeństwo dostępu do artykułów i filmów
Potrzebujesz pomocy w zoogranizowaniu swojego wyjazdu? Organizowanie wyjazdów FAQ Plany podróży
2

  • Goja says:

    Ja moje podroze po Tajlandii 3 klasa lubilam, dopoki nie przejechalam sie 10 godzin noca, w tlumie, z ludzmi spiacymi pod moimi stopami na rozlozonych gazetach, z karaluchami lazacymi mi po nogach i z twarda lawka pod milym katem 90% na ktorej nie mozna bylo zasnac, nie wspominajac nawet o jarzeniowym swietle i nawolujacych wciaz handlarzach. Aaaaaa! ;)

    • Karolina PierzchałaKarolina Pierzchała says:

      Nie zawsze było miło i wygodnie (to drugie szczególnie ciężkie do osiągnięcia), ale w podróży takie rzeczy jesteśmy w stanie znieść. W końcu jadąc w takie rejony się z tym liczymy i chociaż nie zawsze jest przyjemnie to później jest co wspominać i o czym opowiadać :)

  • Więcej komentarzy
Zmontujemy Ci film z urlopu!

Sprawdź naszą ofertę!

DOŁĄCZ DO NAS! OBIERZ KURS NA WSCHÓD
Subskrybuj nasz kanał!

Momencik.... a może dołączysz do grona Kursowiczów?

W prezencie otrzymasz:

  • Comiesięczny przewodnik po ekstra miejscu
  • Dostęp do dodatkowych materiałów i treści
  • Pierwszeństwo dostępu do artykułów i filmów
Jesteś już subskrybentem? Wpisz ponownie swojego maila w pole powyżej i stanie się MAGIA!

Będąc Kursowiczem
niewiarygodnie dużo zyskasz!

  • Comiesięczny przewodnik po ekstra miejscu
  • Dostęp do dodatkowych materiałów i treści
  • Pierwszeństwo dostępu do artykułów i filmów
Jesteś już subskrybentem? Wpisz ponownie swojego maila w pole powyżej i stanie się MAGIA!